O tej porze, dokładnie 2 lata temu byłam już na porodówce i zwiedzałam drugą salę porodową. Upał był jak dzisiaj. W szpitalu bez klimatyzacji duży wiatrak ledwo dawał radę. Za chwilę pojawiła się kolejna rodząca, która potrzebowała monitoringu KTG. Ja byłam chodząca, więc przeniesiono mnie na patologię ciąży na chwilę. Założono mi kartę, żeby w papierach się zgadzało.
- Ma pani 9 cm rozwarcia, teraz już tylko czekamy na odejście wód. Jak odejdą, wraca pani na górę, chyba, że zwolni się sala to panią weźmiemy.
I tak w sali odwiedzin (bo na oddział mężowi nie wolno było wejść) kołysałam się z Jackiem przy dwóch ciężarnych i ich mężach. Skurcze już były na tyle silne, że w ich trakcie sobie śpiewałam/jęczałam. Trudno, trochę postraszyłam (a może uspokoiłam) ciężarne w poczekalni.
- zwolniła się sala na porodówce, może pani wrócić na górę.
Po zbadaniu lekarz powiedział - do 11 pani urodzi, teraz już z górki. Czekamy tylko na pęknięcie pęcherza płodowego. Rozwarcie 10cm.
No i tak bujałam się jeszcze 2h, było ciężko. Miałam wrażenie, że poród zatrzymał się w miejscu i wtedy skurcze stawały się nie do zniesienia. Już nie umiałam oddychać, panować nad sobą. Po prostu w trakcie skurczu opierałam się o fotel porodowy i krzyczałam, aż skurcz przeszedł. Lekarz miał pełne ręce roboty. Na oddziale gdzie są 3 sale porodowe jednocześnie rodziło 5 kobiet. Jako jedyna nie byłam pierworódką, więc do mnie zaglądano najrzadziej. Lekarz coś tam mówił, że ostatecznie pęcherz przebije, ale wolałby nie, bo główka nisko. Po 2h wysłałam Jacka po lekarza i powiedziałam ,że bez niego ma nie wracać. Ma mi przebić ten pęcherz, bo ja już nie daję rady.
Przyszedł, przebił nawet nie wiem kiedy.
- no! Może pani rodzić. I poszedł.
Ja zostałam na fotelu, skurcz przyszedł i dalej krzyczę z bólu. Przychodzi położna i mówi:
-o nie! Tak to nie robimy. Teraz już przyj, bo się zamęczysz.
- mogę? Ale nie czuję partych.
- Możesz :) Parte przyjdą same.
Zaczęłam przeć. Już nie miałam siły. Byłam wdzięczna położnej, że mnie nacięła, łatwiej było wypchnąć malucha.
Po 5 minutach, dokładnie o godzinie 13.20 Jasia miałam już na moim brzuchu :)
Już nic się nie liczyło. Nic mnie nie bolało, nie obchodził mnie tłum personelu w sali. Był tylko Okruszek i Jacek :) Ta chwila była równie magiczna jak pierwszy raz dostałam na ręce Jadzię :)
Z tym, że z Jadzią nie mogłam uwierzyć, że już ją mam, że to maleństwo rosło w moim brzuchu. A z Jasiem już bardziej świadoma tego co się dzieje po prostu chłonęłam ten cud całą sobą :) I od razu zaczęłam do niego mówić :) Trzymałam go długo, nikt się nie śpieszył z mierzeniem i ważeniem :)
Dziś Okruszek jest już dość ciężkim klocuszkiem. Biega, łobuzuje, układa klocki i sam przynosi butki jak chce wyjść na dwór :) Nic nie mówi, ale umie pokazać czego potrzebuje, chce. Uwielbia się tulić do mnie :) Nawet teraz włazi mi na kolana :)
I tak zleciały 2 lata nie wiem kiedy.
1 minuta życia :)
1 doba
2 tygodnie
3 tygodnie, chrzest
6 miesięcy
1 rok
2 lata





