Dawno nic tu nie pisałam, wybaczcie.
Ostatnio żyłam głównie prawkiem, które robiłam. Postanowiłam tu opisać moją przygodę z samochodem, żeby mieć jakąś pamiątkę :)
Moja przygoda z prawkiem zaczęła się w czerwcu. Wtedy to udałam się do Wydziału Komunikacji w celu założenia swojego numeru PKK (Profil Kandydata na Kierowcę). Wcześniej musiałam jeszcze załatwić badania lekarskie (-jest pani zdrowa? -tak. -Proszę tutaj podpisać, 50 zł się należy) i zrobić sobie zdjęcie do dokumentu. Potem z numerem PKK poszłam do OSK Expert (wszystkim z trójmiasta polecam tę szkołę) i się zapisałam.
Teorię wybrałam w trybie expresowym, bo zależało mi na czasie. Jak wiecie mieszkam w Norwegii i ten czas miałam ograniczony. Wykłady odbywały się dwa dni. Po pierwszym dniu aż mnie głowa bolała od nadmiaru informacji. Odzwyczaiłam się od przyswajania wiedzy w takim tempie. Następnego dnia było już łatwiej. "Grupa" pierwszego dnia była 3 osobowa, każde z nas zdawało na inną kategorię. Drugiego dnia byłam już tylko ja, więc można powiedzieć, że miałam indywidualny tok nauczania :) Bardzo to było fajne, bo był czas, żeby o wszystko zapytać wykładowcę. Choć teoria odbyła się w trybie expresowym, przerobiliśmy wszystkie tematy i sporo z tych wykładów zapamiętałam. Przyznam szczerze, że do samego egzaminu z teorii nie zdążyłam przeczytać całej książki, którą dostałam na kursie. Przejrzałam ją tylko. A potem robiłam testy, dużo testów.
No i przyszedł czas na jazdy. Strasznie się bałam mojej pierwszej jazdy. Bałam się, że od razu będę musiała wyjechać na miasto, a za kółkiem siedziałam może ze 2 razy w naszym Poldku gdzieś na polnych drogach dawno temu i nic nie pamiętałam.
Na szczęście trafiła mi się instruktorka, która nie lubi wypuszczać kursantów na głęboką wodę. Pierwszą jazdę miałam na samym placu. Najpierw omówienie co, gdzie i jak działa, potem światełka, płyny i ruszamy. Jeździłam na placu do przodu i do tyłu. Cała moja pierwsza jazda :) Byłam przerażona, że prowadzę taką dużą maszynę (dużą...hehe, Toyota Yaris) i podekscytowana :)
Następnego dnia jeździłam po opustoszałym parkingu jakieś 15 minut i potem na miasto. Pamiętam dokładnie moją trasę :) Skręcałam prawie cały czas w prawo, przejechałam przez centrum i wyjechałam na nową obwodnicę, jechałam 90km/h (!), hehe.
Pamiętam, że na pierwszych jazdach widziałam tylko drogę przed sobą. Żadnych znaków, chodników, ludzi. Starałam się tylko utrzymać samochód na swoim pasie :)
Jazdy odbywałam na raty. Pierwszych 8h przejeździłam z instruktorką Iwoną (bardzo polecam tą panią). Potem w październiku miała urlop i przekazała mnie innemu instruktorowi (który niestety już nie pracuje w Expercie, ale nadal uczy. Również bardzo polecam). I z nim jeździłam już do końca kursu. Na początku nie mogłam nadążyć za jego tłumaczeniami. Przejeżdżałam przez skrzyżowanie, on zaraz potem tłumaczył mi dlaczego tak a nie inaczej trzeba było przez nie przejechać, a ja starałam się zakodować, jednocześnie patrząc gdzie ja dalej jadę. Do tego zmiana biegów. Oj, długo się uczyłam, kiedy je zmieniać. Pod koniec kursu już nabrałam wprawy. Instruktor dobrze uczył, bo z każdą następną jazdą mniej mi podpowiadał, mniej pomagał swoimi pedałami, mniej łapał za kierownicę. Dzięki temu z każdą godziną jechałam coraz bardziej samodzielnie. Wymagał, ale nie krzyczał, miał anielską cierpliwość. Pamiętam, że gdzieś w połowie jazd miałam kryzys. Odstawiałam na drodze takie kwiatki jakbym pierwszy raz za kółkiem siedziała. Aż mi wstyd było i byłam zła na siebie. A instruktor łagodnym głosem "Ale jedź ładnie, Zosia" :)
No i tak wyjeździłam łącznie 44h. Ostatnich 8h wzięłam sobie przed samym egzaminem praktycznym. I to było bardzo dobre posunięcie, bo po tych ostatnich godzinach poczułam się dużo pewniej na skrzyżowaniach, a zmiana biegów już była dla mnie odruchem, że czasem musiałam zerknąć na drążek, żeby sprawdzić, na którym biegu jadę, bo nie pamiętam czy już zmieniłam na 4 czy jeszcze jadę na 3 ;)
Teorię zdałam 4 grudnia za pierwszym razem. Miałam 74/74 ptk i jako jedyna z 15 osobowej grupy zdałam :) Pierwszy raz tak dobrze poszedł mi jakikolwiek egzamin w życiu. Pierwszy raz byłam najlepsza. Super uczucie :)
Praktykę zdawałam 3 stycznia. Trafiła mi się pani egzaminator Gabrysia. Potem dowiedziałam się, że to ponoć straszna żyleta. Ale nie była taka zła. Co prawda fochy teatralnie odstawiała, ale odniosłam wrażenie, że tak musi ;) Była kulturalna. Powiedziała dzień dobry, zapraszam, proszę. Jedyne co mogę jej zarzucić to to, że zbyt późno mówiła gdzie mam jechać, ale udało się. Zdałam za pierwszym razem :)
Plac manewrowy zaliczyłam w półświadomości. Jakby nie do końca docierało do mnie, że to już egzamin. Jechałam po łuku nucąc sobie pod nosem. W trakcie kursu zawsze grało radio z moją ulubioną muzyką i to mi bardzo pomagało, a na egzaminie radia nie było. Dobrze, że babeczka wysiadła ;) Potem ruszanie pod górkę. Zrobiłam to tak szybko, że ledwo zarejestrowałam. Jak już wyjeżdżałam za bramę PORDu dotarło do mnie, ze to egzamin i cieszyłam się, że wyjechałam na miasto.
Nastawiłam się tak, że będę jechać uważnie, bezpiecznie, rozglądać się na wszystkie strony. Najważniejsze było dla mnie bezpieczeństwo i unikanie zagrożeń. Druga sprawa to tak jechać, żeby egzaminatorka jako pasażer poczuła się ze mną bezpiecznie. Czyli nie ruszałam z piskiem opon, ale jechałam dynamicznie (zawsze na granicy ograniczenia prędkości. Chyba, ze trzeba było zwolnić, bo dziury na drodze). Nie hamowałam w ostatniej chwili tylko za wczasu i łagodniej (bo przecież ona nie wie co siedzi w mojej głowie i mogłaby użyć swojego hamulca, a wtedy byłoby po egzaminie), przed każdym progiem zwalniałam i przejeżdżałam łagodnie, żeby egzaminatorka nie uderzała głową w sufit. Swoją drogą chyba już na placu zorientowała się, że w miarę dobrze będę jechać, bo jak wyjechałyśmy na miasto to wzięła sobie nóżkę na nóżkę :)
Ogólnie to krótką miałam trasę. Jechałam zaledwie 20 minut i nawet nie zahaczyłam o to całe "przedszkole" (czyli Dolnego Miasta, gdzie najczęściej się zdaje). Jak już wracałyśmy do PORDu to bałam się, że nie zdam, bo coś krótko. Kiedy usłyszałam "wynik pozytywny" nie mogłam uwierzyć :)
Ze 3 razy podziękowałam pani, a jak wysiadłam z auta to nogi się pode mną ugięły. Ledwo weszłam po tych 3 schodkach do budynku i musiałam usiąść i ochłonąć :) Cały stres ze mnie schodził. A podczas egzaminu poszedł gdzieś na bok i w jakimś stopniu pozwolił mi się skupić na jeździe.
Teraz, 12 dni po zdanym egzaminie mój "plastik" jest już w urzędzie do odbioru. Niestety sama nie mogę go odebrać, bo jestem już w Norwegii. Moja mama go za mnie odbierze, przekaże mojemu bratu, a on przywiezie mi prawko w przyszły piątek.
Pierwszą jazdę odbędę sama (prikaz mojego instruktora) i będę jeździć jak najwięcej. Teraz dopiero zacznie się szkoła życia. Dobrze, że w Norwegii, bo tutaj ludzie spokojniejsi i mniej samochodów ;)
Mam tylko nadzieję, że nie zapomnę zbyt szybko jak się jeździ po miejskiej dżungli (Gdańsku). Mam nadzieję, że moja mama da mi kluczyki do swojego auta, kiedy będę w Gdańsku, żebym mogła poćwiczyć ;)
Długi ten wpis mi wyszedł. Jak ktoś dotrwał do końca to gratuluję ;)
Teraz będę tutaj też pisać trochę o sobie.
Już niedługo wrzucę jakieś szyciowe nowości. Planuję też napisać post o dzieciach, bo dawno nie było.
Trzymajcie się ciepło. U nas zima na całego. Mróz -9st. Już napadało ze 20cm śniegu, a ma padać jeszcze cały tydzień.