poniedziałek, 3 lutego 2014

Odwilż

Dziś mamy odwilż. Śnieg topnieje szybko, a pługi wykonały dziś kawał dobrej roboty. Pozbierały bardzo dużo śniegu i w rezultacie chodniki i jezdnia na naszej ulicy są czarne :) Szkoda, że to tylko na chwilę i pewnie niedługo przyjdzie mróz i dopiero będzie szklanka :/
 Ale zdążyliśmy wczoraj wyjść na spacer i pobawić się w śniegu. Poszliśmy niedaleko, bo zaraz obok naszej ulicy na ryneczku jest usypana górka ok.6m wysoka (śnieg zebrany z okolicy) :)

Tyle śniegu na dachach leży...



 


 Bawiłam się wczoraj w fryzjera. Jasiowi już się tak włoski plątały, a piórka niemowlęce jeszcze ma, więc postanowiłam zaryzykować i trochę przyciąć mu włoski. Grzywę tylko troszkę podcięłam, żeby mu w oczy nie wchodziła, ale cieniować już się bałam. Za to z tyłu całkiem nieźle mi chyba cieniowanie wyszło ;) Oceńcie sami:

Włoski na sucho


Włoski na mokro


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Kongsberg nocą

Spacerek dziś sobie zrobiłam pod wieczór i wzięłam ze sobą aparat. Takiego Kongsberga jeszcze nie widzieliście :)


Przed naszym domem (zdjęcie z piątku)


Takie górki tworzone są ze zbieranych z uliczek zasp (ryneczek na starówce)


Po chodnikach też jeżdżą małe pługi


Nasz mały Bjorn zasypany śniegiem


Widok z mostu na rzekę Lagen


Nie za ciężko panu z tym śniegiem na grzbiecie?


Rzeka Lagen i kawałek stoku narciarskiego oświetlonego lampami


Rzeka Lagen ze starym kościołem w tle


Rzeka Lagen po raz kolejny (w tle sznurek lamp oświetlających stok narciarski)


Schodki prowadzące do ścieżki wzdłuż rzeki


Ławeczki przy ratuszu :)


 Nasza uliczka Peckels gate i oświetlony stok na horyzoncie. W każdym miasteczku jest stok narciarski.


Nasze schodki do domu, a obok podgrzewany chodnik do restauracji.


A to zdjęcie zrobione było na początku grudnia. Wschód słońca, godzina 8.30.

 

niedziela, 19 stycznia 2014

Dzieci mi rosną

Jadzia gada jak najęta. W domu po polsku, w przedszkolu składa już zdania po norwesku. Podobno, bo my nie słyszeliśmy. Ale jak byliśmy ostatnio z nią u stomatologa to bez problemu dogadała się z babeczkami :)
 Jadzia uwielbia ostatnio rysować. Rysuje 3 kropki (oczy i nos), kreskę pod spodem. Czasem zakreśli naokoło kółko i dorysowuje rączki i nóżki :) Takie śmieszne głowonogi jej wychodzą.
 Kiedy się bawi (układa puzzle, klocki, tory) to zawsze coś sobie śpiewa. Uwielbia też tańczyć.
 Wymyśla i opowiada różne historyjki. Ostatnio rozmawiając z babcią i dziadkiem przez Skypa powiedziała, że chce przyjść do dziadka po kabelku przez komputer :)


Jaś coraz więcej się chichra, czasem nie wiem nawet z czego. Ot, siedzi sobie, patrzy w dal i się śmieje. Wygląda to tak jakby ktoś niewidzialny go rozśmieszał.
 Uwielbia się tulić, szczególnie do mamy. Szkoda tylko, że mały dzikusek trochę mi rośnie, bo jak jest więcej ludzi albo ktoś dla niego obcy do niego zagada to zaczyna płakać i ucieka do mnie. Czepia się wtedy jak mała małpeczka i nie chce puścić.
 Zapisaliśmy go do przedszkola. Będzie chodził od sierpnia. Na początku na pewno ze mną, a potem zobaczymy. Może jak się oswoi z paniami to będzie mu łatwiej zaakceptować to, że mama wychodzi.
 Kiedy zostawiam go z babcią to nie ma żadnego problemu. Zapomina o moim istnieniu. Czuje się bezpiecznie u babci.

 Dzieci bawią się coraz częściej razem, a nie obok siebie. Lubią się ganiać w berka. Jadzia jest bardzo troskliwa i kiedy Jaś płacze to przybiega do niego, głaszcze po główce, przynosi Fuńćka. Rozczulający widok :) My ją oczywiście zachwalamy wtedy :)

Ok, to teraz trochę zdjęć:

Córunia tatusia


:)


Gama zawsze pilnowała Jadzi jak pies :)


Mały elegancik


Jadzi świąteczne dzieła



Koteceeek!


Prawie bliźnięta :)


Drewniana kolejka - najlepsza zabawka :)


Śniegowy tron


środa, 15 stycznia 2014

Świat Soffi

Dawno nic tu nie pisałam, wybaczcie.
 Ostatnio żyłam głównie prawkiem, które robiłam. Postanowiłam tu opisać moją przygodę z samochodem, żeby mieć jakąś pamiątkę :)

 Moja przygoda z prawkiem zaczęła się w czerwcu. Wtedy to udałam się do Wydziału Komunikacji w celu założenia swojego numeru PKK (Profil Kandydata na Kierowcę). Wcześniej musiałam jeszcze załatwić badania lekarskie (-jest pani zdrowa? -tak. -Proszę tutaj podpisać, 50 zł się należy) i zrobić sobie zdjęcie do dokumentu. Potem z numerem PKK poszłam do OSK Expert (wszystkim z trójmiasta polecam tę szkołę) i się zapisałam.
 Teorię wybrałam w trybie expresowym, bo zależało mi na czasie. Jak wiecie mieszkam w Norwegii i ten czas miałam ograniczony. Wykłady odbywały się dwa dni. Po pierwszym dniu aż mnie głowa bolała od nadmiaru informacji. Odzwyczaiłam się od przyswajania wiedzy w takim tempie. Następnego dnia było już łatwiej. "Grupa" pierwszego dnia była 3 osobowa, każde z nas zdawało na inną kategorię. Drugiego dnia byłam już tylko ja, więc można powiedzieć, że miałam indywidualny tok nauczania :) Bardzo to było fajne, bo był czas, żeby o wszystko zapytać wykładowcę. Choć teoria odbyła się w trybie expresowym, przerobiliśmy wszystkie tematy i sporo z tych wykładów zapamiętałam. Przyznam szczerze, że do samego egzaminu z teorii nie zdążyłam przeczytać całej książki, którą dostałam na kursie. Przejrzałam ją tylko. A potem robiłam testy, dużo testów.

 No i przyszedł czas na jazdy. Strasznie się bałam mojej pierwszej jazdy. Bałam się, że od razu będę musiała wyjechać na miasto, a za kółkiem siedziałam może ze 2 razy w naszym Poldku gdzieś na polnych drogach dawno temu i nic nie pamiętałam.
 Na szczęście trafiła mi się instruktorka, która nie lubi wypuszczać kursantów na głęboką wodę. Pierwszą jazdę miałam na samym placu. Najpierw omówienie co, gdzie i jak działa, potem światełka, płyny i ruszamy. Jeździłam na placu do przodu i do tyłu. Cała moja pierwsza jazda :) Byłam przerażona, że prowadzę taką dużą maszynę (dużą...hehe, Toyota Yaris) i podekscytowana :)
 Następnego dnia jeździłam po opustoszałym parkingu jakieś 15 minut i potem na miasto. Pamiętam dokładnie moją trasę :) Skręcałam prawie cały czas w prawo, przejechałam przez centrum i wyjechałam na nową obwodnicę, jechałam 90km/h (!), hehe.

 Pamiętam, że na pierwszych jazdach widziałam tylko drogę przed sobą. Żadnych znaków, chodników, ludzi. Starałam się tylko utrzymać samochód na swoim pasie :)

 Jazdy odbywałam na raty. Pierwszych 8h przejeździłam z instruktorką Iwoną (bardzo polecam tą panią). Potem w październiku miała urlop i przekazała mnie innemu instruktorowi (który niestety już nie pracuje w Expercie, ale nadal uczy. Również bardzo polecam). I z nim jeździłam już do końca kursu. Na początku nie mogłam nadążyć za jego tłumaczeniami. Przejeżdżałam przez skrzyżowanie, on zaraz potem tłumaczył mi dlaczego tak a nie inaczej trzeba było przez nie przejechać, a ja starałam się zakodować, jednocześnie patrząc gdzie ja dalej jadę. Do tego zmiana biegów. Oj, długo się uczyłam, kiedy je zmieniać. Pod koniec kursu już nabrałam wprawy. Instruktor dobrze uczył, bo z każdą następną jazdą mniej mi podpowiadał, mniej pomagał swoimi pedałami, mniej łapał za kierownicę. Dzięki temu z każdą godziną jechałam coraz bardziej samodzielnie. Wymagał, ale nie krzyczał, miał anielską cierpliwość. Pamiętam, że gdzieś w połowie jazd miałam kryzys. Odstawiałam na drodze takie kwiatki jakbym pierwszy raz za kółkiem siedziała. Aż mi wstyd było i byłam zła na siebie. A instruktor łagodnym głosem "Ale jedź ładnie, Zosia" :)

 No i tak wyjeździłam łącznie 44h. Ostatnich 8h wzięłam sobie przed samym egzaminem praktycznym. I to było bardzo dobre posunięcie, bo po tych ostatnich godzinach poczułam się dużo pewniej na skrzyżowaniach, a zmiana biegów już była dla mnie odruchem, że czasem musiałam zerknąć na drążek, żeby sprawdzić, na którym biegu jadę, bo nie pamiętam czy już zmieniłam na 4 czy jeszcze jadę na 3 ;)

 Teorię zdałam 4 grudnia za pierwszym razem. Miałam 74/74 ptk i jako jedyna z 15 osobowej grupy zdałam :) Pierwszy raz tak dobrze poszedł mi jakikolwiek egzamin w życiu. Pierwszy raz byłam najlepsza. Super uczucie :)

 Praktykę zdawałam 3 stycznia. Trafiła mi się pani egzaminator Gabrysia. Potem dowiedziałam się, że to ponoć straszna żyleta. Ale nie była taka zła. Co prawda fochy teatralnie odstawiała, ale odniosłam wrażenie, że tak musi ;) Była kulturalna. Powiedziała dzień dobry, zapraszam, proszę. Jedyne co mogę jej zarzucić to to, że zbyt późno mówiła gdzie mam jechać, ale udało się. Zdałam za pierwszym razem :)
 Plac manewrowy zaliczyłam w półświadomości. Jakby nie do końca docierało do mnie, że to już egzamin. Jechałam po łuku nucąc sobie pod nosem. W trakcie kursu zawsze grało radio z moją ulubioną muzyką i to mi bardzo pomagało, a na egzaminie radia nie było. Dobrze, że babeczka wysiadła ;) Potem ruszanie pod górkę. Zrobiłam to tak szybko, że ledwo zarejestrowałam. Jak już wyjeżdżałam za bramę PORDu dotarło do mnie, ze to egzamin i cieszyłam się, że wyjechałam na miasto.
 Nastawiłam się tak, że będę jechać uważnie, bezpiecznie, rozglądać się na wszystkie strony. Najważniejsze było dla mnie bezpieczeństwo i unikanie zagrożeń. Druga sprawa to tak jechać, żeby egzaminatorka jako pasażer poczuła się ze mną bezpiecznie. Czyli nie ruszałam z piskiem opon, ale jechałam dynamicznie (zawsze na granicy ograniczenia prędkości. Chyba, ze trzeba było zwolnić, bo dziury na drodze). Nie hamowałam w ostatniej chwili tylko za wczasu i łagodniej (bo przecież ona nie wie co siedzi w mojej głowie i mogłaby użyć swojego hamulca, a wtedy byłoby po egzaminie), przed każdym progiem zwalniałam i przejeżdżałam łagodnie, żeby egzaminatorka nie uderzała głową w sufit. Swoją drogą chyba już na placu zorientowała się, że w miarę dobrze będę jechać, bo jak wyjechałyśmy na miasto to wzięła sobie nóżkę na nóżkę :)
 Ogólnie to krótką miałam trasę. Jechałam zaledwie 20 minut i nawet nie zahaczyłam o to całe "przedszkole" (czyli Dolnego Miasta, gdzie najczęściej się zdaje). Jak już wracałyśmy do PORDu to bałam się, że nie zdam, bo coś krótko. Kiedy usłyszałam "wynik pozytywny" nie mogłam uwierzyć :)
 Ze 3 razy podziękowałam pani, a jak wysiadłam z auta to nogi się pode mną ugięły. Ledwo weszłam po tych 3 schodkach do budynku i musiałam usiąść i ochłonąć :) Cały stres ze mnie schodził. A podczas egzaminu poszedł gdzieś na bok i w jakimś stopniu pozwolił mi się skupić na jeździe.

Teraz, 12 dni po zdanym egzaminie mój "plastik" jest już w urzędzie do odbioru. Niestety sama nie mogę go odebrać, bo jestem już w Norwegii. Moja mama go za mnie odbierze, przekaże mojemu bratu, a on przywiezie mi prawko w przyszły piątek.

 Pierwszą jazdę odbędę sama (prikaz mojego instruktora) i będę jeździć jak najwięcej. Teraz dopiero zacznie się szkoła życia. Dobrze, że w Norwegii, bo tutaj ludzie spokojniejsi i mniej samochodów ;)
 Mam tylko nadzieję, że nie zapomnę zbyt szybko jak się jeździ po miejskiej dżungli (Gdańsku). Mam nadzieję, że moja mama da mi kluczyki do swojego auta, kiedy będę w Gdańsku, żebym mogła poćwiczyć ;)

 Długi ten wpis mi wyszedł. Jak ktoś dotrwał do końca to gratuluję ;)
Teraz będę tutaj też pisać trochę o sobie.

Już niedługo wrzucę jakieś szyciowe nowości. Planuję też napisać post o dzieciach, bo dawno nie było.

 Trzymajcie się ciepło. U nas zima na całego. Mróz -9st. Już napadało ze 20cm śniegu, a ma padać jeszcze cały tydzień.

niedziela, 1 grudnia 2013

Płaszczyk

Szukałam nowego płaszcza na zimę ponieważ mój stary był o 2 rozmiary za duży i czułam się w nim źle. Kupiłam go po urodzeniu Jadzi, bez problemu mogłam zapiąć się z nią w chuście. Niestety nic pasującego na mnie nie znalazłam i w akcie desperacji postanowiłam przerobić ten co mam.
 Trochę się bałam, bo nigdy nie przerabiałam żadnego płaszcza i było ryzyko, że jak mi nie wyjdzie to już w ogóle nie będę miała w czym chodzić. A zima zbliżała się wielkimi krokami. Zaczęłam więc ostrożnie i tak, żeby w razie czego wrócić do pierwowzoru, bez użycia nożyczek.
 Najpierw odprułam podszewkę na dole, żeby dostać się do szwów płaszcza. Zwęziłam szwy tylne-boczne, żeby nadać kształt w talii, bo płaszczyk był raczej prosty/kwadratowy.
 Potem odprułam ozdobne dwurzędowe zapięcia z przodu, które mnie poszerzały. Płaszcz zapinany jest na zamek, więc z tym nie było problemu. Odprułam też paski z rękawów, pasek z tyłu oraz kieszenie. Dzięki temu uzbierałam wystarczającą ilość guzików, żeby móc je przyszyć z przodu i zrobić dziurki. Zostały mi kieszonki, z których ucięłam klapki. Wycięłam skośnie kreski w płaszczu i wpuściłam w nie gotowe kieszenie. Z czarnego sztruksu zrobiłam pasek i przedłużyłam rękawy. W pasku jest fizelina, która go usztywniła, a w rękawach fizelina plus ocieplina. Zastanawiam się jeszcze nad doszyciem imitacji klapek kieszeni ze sztruksu, ale chyba nie ma takiej potrzeby. Widać kieszenie?? 
Na koniec przyszyłam z powrotem podszewkę na dole i gotowe :)
 Jestem bardzo zadowolona z efektu :)


Tak płaszczyk wyglądał przed przeróbką







A tak wygląda teraz :)



sobota, 30 listopada 2013

Szaleństwa :)

Tak dziś bawiły się moje dzieci dawno niewidzianym tunelem :)
Uwielbiam spontaniczny śmiech moich Skarbów :D

piątek, 29 listopada 2013

Spódniczka

Jakiś czas temu uszyłam spódniczkę. Uszyta jest z grubej i ciężkiej bawełny z dodatkiem elastanu, która świetnie nadaje się na porę jesienno-zimową. Spódniczka o podwyższonym stanie, krój ołówkowy oraz dwa zdobne marszczenia z tyłu. Czuję się w niej świetnie i myślę, że sporo wyszczupla moje dość szerokie biodra ;)
Szyję jeszcze drugą taką z troszkę cieńszej bawełny w kolorze bordowego melanżu.
  Jak Wam się podoba?